x


Jarmark w Janówce1

Oto jesteśmy w małej mieścinie Polesia Wołyńskiego, Janówce. Mało kto zapewne zna ją, prócz sąsiadów, bo bardzo maleńka, zasiuniona w lasy i ustronie, siedzi na piasku cały rok spokojna, a ożywia się dopiero na wielki jarmark w dzień śś. Szymona i Judy w październiku 2 Należała ona niegdyś podobno do możnej a dziś upadłej prawie rodziny Sapiehów. Sławny jej jarmark przynajmniej promieniem sześciu mil dookoła ściąga Żydów, wieśniaków, ekonomów i drobnych właścicieli, z wołami, końmi lub po woły, konie itd. Woły jednakże, zowiące się tu wszędzie towarem per excellentium, w istocie najważniejszą część targu stanowiła.

Nie zachwyca wcale położenie zupełnie poleskie Janówki; trudno, abyw nim najbardziej urzedzone oko znalazło piękność jaką (jakakolwiek piękność w stosunku do smaku jest względną). To pewna, że trzeba by się urodzić w Janówce, żeby się piękna wydała. Kilkanaście chat na piaszczystym polu rozłożonych, jedna karczma pusta, pusty także a dość obszerny kościół z klasztorem Bernardynów, rynek szeroki, który rok cały trawą zarasta nim go w pażdzierniku wydepczą, kramiki drewniane raz w rok tylko zajęte, młynek mały nareszcie - wszystko to nie jestmalowniczym na równinie i piasku wśród bajrakowych i pokrzywionych sosen, lecz dzień jarmarku, dzień wielki i uroczysty dla arendarza, nadaje tej pustyni poleskiej pozór ożywiony i charakterystyczny.

Po wszystkich drogach wiodących do miasteczka ciągną się furmanki liczne, wozy, bryczki kryte i niekryte, jeźdźcy, pieszaki, budy płócienne nadziewane Żydami i rodziny Poleszuków, w których twarzy próżno szukasz śladów pomięszanych plemion, jakie dawniej zajmowały Polesie.

Rynek cały napełnia się aż pod kościół i wylewa aż za płoty. Liczne wozy ściskają się jedne koło drugich, a te, jak łatwo się domyślić stają się ogniskiem jarmarku, mianowicie przy karczmie, gdzie pożądny spija się mohrycz. Mohrycz jest to gdzie indziej zwany borysz, dodatek do ceny towaru, poczastka, bez której wieśniak nie przeda nigdy, a kupujący odmówi, targ nawet zrywa.

Ku południowi coraz zgiełk się powiękasza, ze wszystkich stron słychać żywe rozmowy i najrozmaitsze odgłosy. Tam wół ryczy, tu koń rży i wierzga w bok przechodzącym, piszczą wieprze poprzywiązywane na wozach, rzucając się, a wielka liczba kóz, które się tu dobrze płacą, łaczy swój głos z tysiącem innych, w których jednak głos pana świata, człowieka, zawsze prawie górę trzyma. Trudno jest odmalować rozmaitości postaci, głosów, rozmów, czarakterów, fozjonomij, ubiorów, jaka się tu ściska i kręci. Żydzi z bezmianami na plecach, jak z bronią swoją, włóczą się za lnem, grzybami i woskiem; Poleszucy w białych sukmanach z pasami czerwonymi lub z czarnej skóry, z kalitką, krzesiwem, papużą tytoniu i nieodstępną fajką w zębach, kopcącą im nieustannie pod nos i gasnącą co chwila, i piliponi w wysokich kapeluszach i ogromnych butach, wzrostem i strojem w tłumie widoczni, Żydówki brudne, odarte i chciwe, kobiety polskie w chustach, z uśmiechem na ustach a kurami na ręku, Holenderki w dziwacznych płaszczykach z paskowatych kolorowych spodnic, Holendrzy ze swoją rodzimą fizjonomią, Cyganie z czarnymi, rozczochranymi włosami itd., itd. Nareście nieocenione figury panów ekonomów w czapkach uszatych, w surdutach szarych, z kijkami w ręku, z pogardliwą miną. A wszystko to w niepojętnym ruchu i ozywieniu wszystkich części ciała; zacząwszy od pierników i obwarzanków, aż do wołów i koni wszystko się porusza i żyje. Wszędzie brzęczą pieniądze, na twarzach pali się chęć zysku, nadzieja lub zaspokojona radość.

Pod namiotem nad powózkami zaimprowizowanym wśród rynku ruski kupiec z Łucka zrozwiesza swoje kolorowe towary, z daleka mile jaśniejące oczom Poleszanek. Tu ciśnie się ciekawie i chciwie pożarając oczyma chustki i perkale żeńska połowa jarmarku, rozwiązuje starannie węzełki dla kupienia niedrogiego stroju ceną kilku kur lub starej faworyty kozy, którą już Żydek przemyślny zarżnął wśród rynku.

Obok przemyślne Żydki w kramikach siedząc, nie odurzeniu natłokiem osób, wrzawą i krzykiem, wszystkich wołają, nęcą, proszą, ciągną do siebie, kłócą się, targają, biją nawet i razem zdają jeszcze resztę, uważając, żeby jak najgłebsze oddawać złotówki z zadziwiającą przytomnością wszechstronną i talentem nieocenionym. Między wielomównym Żydem a cichym kupcem ruskim waha się żeńska połowa, bo Żyd ma swoje przyciągania sposoby, zna serde ludzkie tradycjonalnie, uczył się go razem z Talmudem od ojca, wie szerokie drogi i kręte ścieżki, którymi do niego wejść można, ma tysiąc środków na przekonanie ludzi tak bezbronnych, gdy im chodzi o zrobienie przyjemności sobie. Przyciągając do kupna, łechce próżność, wabi oczy, pociaga serce i durzy głowę nieboraka. Niejeden sam nie wie, dlaczego i na co kupuje, a nie umie się oprzeć urokowi żydowskich zachęceń.

- Nu! Czy to ty zginiesz, jak kupisz! A wej! Tak mała rzecz! Tu wasza ekonomowa kupowała ten sam cyc i drożej zapłaciła, a ja wam taniej oddam po znajomości. Bodajbym zginął, kiedy nie na stratę. Ale to reszta. Albo to ty nie możesz tego mieć, co ekonomowa? A wej! A ty siebie nie poznasz, jak się ubierzesz! Nu! Nu, bierz, już ja odmierzył, na, masz!

- Kiedy nie ma pieniędzy.

Jak to nie ma? To może ty co masz na przedaż, czy to ty nic nie przedał? itd. A podusznego przysięgli poczekają, ty jeszcze zbierzesz, a wej!

Nieco dalej kupa sukman, świtek, burek, płaszczów, przy wielkiej skrzyni leżąca, otoczona jest gromadą kupujących, którzy się dziwią sobie, ubrawszy się, i uśmiechają na zwodnicze pochwały przedającego.

- A! a! Ty inszy człowiek! To ty dom kupujesz nie suknią, a jaka ciepłość, a jaka to moc, a wej! Nu, co ty targujesz, ja tylko dla ciebie za tę cenę przedaję. Ty stary znajomy! Nu, nu, bierz a płać!

Trochę dalej znowu stoi wóz z kozuchami, gdzie podobna powtarza się scena. Za nim drugi, nad którym wytknięto wysoką tyczkę z parą butów; ten jest sklepem na prędce urządzonym rozmaitego obuwia, gdzie bogatsi Poleszucy długie, czarne, za kolana zachodzące buty kupują...

Tuż druga tyczka nad wozem wywieszona wysoko z roztrzepaną papuzią tytoniu wabi wieśniaków do ulubionego im przysmaku.

Wielki sklep czapek rozmaitych, rozwieszony na ścianie karczmy, zachwyca chłopów otwierających przed nimi gęby. Stoją przed nim w swoich obdartych białych czapeczkach sukiennych lub wyszarzanych barankowych, pretendeci do nowych probują, patrzą, zaglądają, uśmiechają się, naradzają, a kupiwszy wreszcie odchodzą, ciesząc się, poprawiając i oglądając się, czy cały jarmark patrzy na ich nową czapkę. To tak samo jakw Warszawie.

Dalej jeszcze w szynku dymią się ogniska, koło których jesiennym zimnem skośniałe ręce grzeją Poleszuki i fajeczki swoje zapalają i garnki przystawują, śpiewając wesoło. Poleszuk bowiem gdziekolwiek stanie, cokolwiek robi, tak lubi ogień i dym, że w lipcu nawet zapala ognisko przez nałóg, a razem dla ulubionej swej fajki, która mu ciągle gaśnie. Pod ściśnionymi w rynku wozami leżą długie trąby drewniane osikowe, których przeznaczenia trudno obcemu na pierwszy rzut oka odgadnąć. Są to dymniki czyli kominy chat poleskich, które pijani, śmiejąc się, armatami nazywają. W wozach same gospodynie na workach siedząc, czekają kupców, a gospodarze najczęsciej w karczmach siedzą lub za pokupką się włóczą. Niemałym towarem są tu koła obodne, łyka na postoły, łapcie czyli kurpie, które pękami powiązane, wiszą na wozach.

U płotów stoi większa część wołów przeznaczonych na przedaż żując chciwie zarzuconą im garść słomy; koło nich kręcą się Żydki i panowie wolarze. Droga idąca do młynku od klasztoru zowie się uliczką końską, przez nią nieustannie chłopi ze swoimi chmyzami, ekonomowie z odpasionymi kalekami, Żydi z wypracowanymi szkapami przejeżdżają się klaskając z bicza. Kiedy niekiedy targ ich zatrzymuje, znawca opatruje, maca gruczołków pod gardłem, ogląda nogi, żeby, uśmiecha się i targuje.

A w targu jest sztuka i wielka sztuka. Kto nie umie kupować, ten i przepłaciwszy, nie kupi, trzeba mieć doświadczenie i zimną krew kupca z profesji, żeby dobrze kupić, a nade wszystko potrzeba cierpliwości. Nawet strój właściwy przykłada się do dobrego kupna, bo kupiec powinien być dosyć obszarpany, w baraniej czapce, z kijem w ręku i minę mieć zbiednioną. Zewyczajny targ od trzeciej części ceny się zaczyna i zarywa na kłótnią, która powoli powoli potemsię uśmierza, aż do ugody przyjdzie.

Ku południu zwiększa się liczba ichmościów, którzy fajkami w ustach, z laskami w ręku, najpoważniejszą część jarmarku stanowią, pań także i panienek kapeluszowo-szlafrokowych, które się niespokojnie oglądają, czy kto młody, przystojny na nie nie patrzy.

Niektóre fizjonomie dobrze dokonana przedaż ożywia, inne dobre kupno, inne jeszcze dobry trunek, smutnie tylko ziewają ci, którymna wyjezdnym z domu stara baba z próżnym wiadrem przeszła drogę, i którzy dlatego nic zarobić na jarmarku nie mogli.

Na końskiej uliczce koło wołów ku wieczorowi dopiero brzęczą pieniądze, bo każdy kupujący w nadziei, że przedający spuści z ceny czeka z kupnem do wieczora. Wieczorem obraz jarmarku całkiem się odmienia.

Jak wszystko co się kończy, jak bal, gdy świece gasną, jak gra, gdy stolik osduwają, jak wszelki szał, gdy po nim tylko usta spalone zostają, tak jarmark smutny jest przy końcu. Niestety! Wszystko się kończyć musi.

Tam pijani, pokrwawieni trochę lub tylko pobłoceni, taczają się z babami za ręce trzymając i śpiewając chrapliwie, powoli i cicho. Żydzi śpiesznie pakują resztę towarów, zmiezch pada. W karczmie rozbite kieliszki i szklanki, pobluzgane stoły, błota pełno, pijący śpią pod ławami. Na rynku drzemią przygasłe ogniska, walają się szczątki jadła, stare łapcie i szmaty, tam i ówdzie krew zabitych baranów psy liżą spokojnie. Koło płotów znać po śladach woły, których już nie ma, kołki z nich powyrywane, gdzieniegdzie powyrywana ziemia, tam coś rozsypanego. Po drodze wozy różne sprzężone końmi, wołami wracają. Wszyscy weseli, bo wszyscy prawie pijani prócz Żydów. Cygan z żoną i synową, czarny, zasmolony, odarty, któremu koszula przez kożuch z boku wygląda, gada jeszcze w kącie z chłopem, tajemnie i po cichu. Ten czapkę nową nasunąwszy na uszy, z fajką zgasłą w zębach, z krzesiwem w ręku, które z kalitki dobył, krzesze ogień po palcach i skrzesać nie może. Dwie Cyganki z czarnymi włosami a białymi zębami otaczają go z dwóch stron i gładząc pod brodę, starają się przekonać.

Wszystko się pakuje, wyjeżdża i śpieszy do domu, przed chatami mieszczan żegnają się z nimi ich krewni, powinowaci, kumy, swatyi znajomize wsi sąsiadujących, całują się i rozchodzą. Ta scena jest najczystsza i najczulsza ze szystkich obrazów jarmarkowych.

- Dziękujem za wszystko - wołają odchodząc.

- Wybaczajcie to - odpowiadają gospodarze.

-Dobrze wybaczyć najadłszy się.

Jóżef Ignacy Kraszewski

Przypisy:

1. Janówka - miasteczko w powiecie łuckim na pograniczu Polesia i Wołynia

2. święto 28 października


Barbara z Wachowskich

All Rights Reserved